Najbliższe Imprezy

Archiwum

Orawscy pełtnicy

„Pełty ciągnęły się Orawą. Dostojnie kołysały się na wodzie, płynęły monotonnie, jakby na zawsze miały przemierzać tę samą trasę. Jedna za drugą znikały w dole rzeki. Z przyjemnością patrzyliśmy na pełtników. A wszyscy wołaliśmy : Pełtnicy, pełtnicy dzie płyniecie!". Takie obrazy można już spotkać tylko w starych kronikach, spisanych na polskiej i słowackiej Orawie. Dzisiaj niewielu rozumie słowo pełt, pełtnik, które oznacza tratwę i flisaka. A przecież spływ drzewa z babiogórskich lasów do I wojny światowej był bardzo rozpowszechniony i dostarczał niemałych dochodów miejscowej ludności. Wielu mężczyzn z orawskich wiosek wraz z nastaniem wiosny pracowało przy składaniu pelt i ich transporcie.

Wszystko zaczynało się przy jazie. Był to rodzaj tamy, która spiętrzała wodę. Na Górnej Orawie takie śluzy znajdowały się w Jabłonce na Czarnej Orawie powyżej Gęstych Domów i w Polhorze na Glugockach. Tutaj najpierw łączono grube pnie drzew. Wykorzystywano do tego ręczne pity, świder, cieślice lub rąbanice. Tak wspomina pracę przy jazie w Jabłonce Antoni Grelak: "W czasie wiosennego przyboru wody wrzała praca nad rzeką, spuszczano z uwięzi jeden pelt za drugim, przygotowywano dalsze. Trzeba bylo się spieszyć, wykorzystać wysoki poziom wody, trzeba bylo i nocować przy ogniskach."

 Początek spływu był bardzo trudny, kręte koryto, a woda niska. Sterowanie pełtem wymagało dużej sprawności fizycznej, doświadczenia i znajomości rzeki. Od Ujścia spływ był łatwiejszy, ale na Dolnej Orawie w pobliżu wsi Parnica rzeka znowu stawała się niebezpieczna, groźna i zdradliwa. Kręte i wąskie koryto, pokryte licznymi wirami i potężnymi głazami było prawdziwym wyzwaniem dla pełtników. Spływ stawał się niesamowitą walką z wielkim żywiołem. Rzeka miała kamieniste, raz płytkie raz głębokie dno. Każdy ruch to ryzyko. Pelt w każdym momencie może zostać rzucony przez wir na skały. Z takich opresji rzadko wychodziło się zwycięsko. Najczęściej pełtnicy tracili kontrolę nad swoją tratwą, a ta bezwładnie niesiona przez wiry, rozbijał się na pojedyncze pnie. Niejednokrotnie takie zdarzenie kończyło się tragicznie. Bardzo niebezpieczne miejsce było również kolo miejscowości Streczno . Ten odcinek nigdy płanetnicy na sucho nie przepłynęli. Zimna woda wdzierała się na tratwy. Kto popełnił błąd, uderzał w wielką, tajemniczą i owianą legendami skałę. W takich sytuacjach nie obywało się bez dramatycznych wydarzeń... Drzewo dostarczano do Kralowian, gdzie znajdowała się przystań. Ale często, zwłaszcza doświadczeni pełtnicy, płynęli dalej rzeką Wag do Żyliny, a nawet już Dunajem aż do Pesztu. Taka wyprawa mogła więc trwać kilka tygodni. Wtedy jedynym miejscem pobytu pełtników była oczywiście tratwa, jedynym światem woda, tajemnicza i nieodgadniona. Późnym wieczorem dobijano do brzegu, nocowano na peltach. Na pniach przygotowane było palenisko (kamienie obłożone wilgotna gliną), niektórzy brali na tratwę niewielki żelazny piecyk. „Pełtnicy i ich mate koniki poszli na front -wspomina Antoni Grelak -Ucichła praca nad rzeką, pozostałe resztki stosów drzew, stoczył je kornik. Woda zabrała jaz, nie ma już po nim śladu. Nie widać spokojnej toni nad jazem, nikt nie domyśli się, że cofka wody długa była tak, iż sięgała całej długości wysokich brzegów po lewej stronie rzeki. Nie słychać szumu wody, co Gęstodomowianie uważali za nieomylny znak zmiany pogody. A młyn w Łąkach przestał pomrukiwać, nastała koło niego grobowa cisza”

Robert Kowalczyk

Copyright © Orawskie Centrum Kultury 2014 | Wszystkie Prawa Zastrzeżone.